Kiedy pokazuję klientom liczby z własnego portfela, najczęściej pada pytanie o jedną z nich: dlaczego moje oferty schodzą orientacyjnie o czterdzieści dni szybciej niż porównywalne mieszkania w tym samym segmencie. Odpowiedź nie jest efektowna — nie ma w niej triku ani tajnej bazy kupujących. Jest w niej pięć elementów, z których każdy da się odtworzyć, i jeden, który najczęściej wszystko psuje.
Skąd biorą się te czterdzieści dni
Zastrzeżenie na wstępie, bo bez niego liczba jest nieuczciwa: to statystyka z mojej praktyki, nie z raportu rynkowego. Liczę medianę dni od publikacji do umowy przedwstępnej w moich transakcjach i zestawiam ją z tym, co widzę na portalach w tej samej dzielnicy i tym samym segmencie — czyli z obserwacją, nie z twardym badaniem. Różnica od lat trzyma się w okolicach czterdziestu dni i nie bierze się z jednego zabiegu, tylko stąd, że nic nie zostaje na później.
Mechanizm długiej ekspozycji jest bowiem zawsze ten sam. Oferta wchodzi na rynek nieprzygotowana i przez dwa tygodnie zbiera wyświetlenia od najbardziej aktywnych kupujących — tych, którzy śledzą rynek codziennie i są najlepszymi klientami, jakich można mieć. Nie dostaje żadnej oferty, a potem trafia do puli „wisi, coś jest nie tak”. Trzeci miesiąc to już obniżka, a obniżka na starej ofercie przyciąga wyłącznie łowców okazji.
Pierwsze dwa tygodnie ekspozycji dostaje się raz — kolejne miesiące to już tylko naprawianie tego, co się w nich zmarnowało.
Cena: najdroższy błąd całego procesu
Cena „z zapasem na negocjacje” jest decyzją, którą odradzam najczęściej, i którą klienci mimo wszystko podejmują najczęściej. Logika brzmi rozsądnie: damy 5% więcej, kupujący zbije, wyjdziemy na swoje. W praktyce działa inaczej, bo kupujący nie negocjuje ofert, których nie ogląda. Filtruje po widełkach ceny, a mieszkanie wycenione 5% powyżej rynku po prostu nie pojawia się w jego wynikach. Nie ma kogo zbić.
Efekt jest podwójnie kosztowny: traci się najlepsze dwa tygodnie, a potem i tak schodzi do ceny rynkowej — tylko już z metką oferty, która nie sprzedała się przez trzy miesiące. To pozycja negocjacyjna dokładnie odwrotna od zamierzonej. Więcej o tym, jak wygląda ta rozmowa po obu stronach stołu, napisałam w tekście o negocjacjach ceny.
Moja metoda jest nudna: cena rynkowa albo pół procenta poniżej, ustalona na transakcjach z ostatnich sześciu miesięcy w tym samym budynku lub kwartale, nie na ofertach z portalu. Oferta to życzenie, transakcja to fakt. Przy dobrze wycenionym mieszkaniu zdarza się rzecz, której cena „na negocjacje” nie da nigdy: dwóch kupujących w tym samym tygodniu.
Przygotowanie i zdjęcia
Drugi i trzeci element to przygotowanie wnętrza i sesja zdjęciowa. Obu poświęciłam osobne teksty, więc tu tylko o roli w układance: przygotowanie decyduje o tym, co kupujący zobaczy na oglądaniu, a zdjęcia o tym, czy w ogóle na nie przyjedzie. Kolejność jest sztywna — cena, porządek, staging, sesja, dopiero publikacja. Jej odwrócenie kosztuje dokładnie te dwa tygodnie, o których wyżej.
Opis, który sprzedaje konkrety
Typowy opis z portalu: „przytulne, zadbane mieszkanie w atrakcyjnej lokalizacji, idealne dla rodziny lub pod inwestycję”. Pięć przymiotników, zero informacji. Kupujący czyta to setny raz i nie dowiaduje się niczego, czego nie było na zdjęciach. Opis, który działa, odpowiada na pytania zadawane przez telefon, zanim ktokolwiek zadzwoni:
- Liczby, nie oceny. Nie „niski czynsz”, tylko „czynsz 540 zł z zaliczką na ogrzewanie”. Nie „blisko centrum”, tylko „12 minut pieszo do Rynku, przystanek tramwajowy 200 m”.
- Rzeczy, których nie widać na zdjęciu. Rok wymiany instalacji, ekspozycja okien, co słychać przez ścianę, plan remontu części wspólnych, stan funduszu remontowego.
- Wady wymienione wprost. Brak windy na trzecim piętrze, okno kuchni na podwórze. Kupujący i tak to zobaczy — lepiej, żeby zobaczył w ogłoszeniu, a nie po przejechaniu pół miasta.
- Adresat. Inaczej pisze się do inwestora (stopa zwrotu, historia najmu), inaczej do rodziny (szkoła, park, cisza).
Uczciwy opis oszczędza czas obu stronom i widać to w statystyce: mniej oglądań, ale znacznie wyższy odsetek tych, po których pada oferta.
Kanał i selekcja oglądających
Portale nie są jedynym kanałem, a przy części mieszkań nie są pierwszym. Kolejność, którą stosuję:
- Własna baza kupujących. Osoby, które szukają konkretnie tego metrażu, tej dzielnicy, czasem tego budynku. Zdarza się, że oferta sprzedaje się tutaj, zanim trafi gdziekolwiek indziej.
- Kanał off-market. Tam, gdzie właścicielowi zależy na dyskrecji albo gdzie publiczna ekspozycja obniża postrzeganą wartość. Węższy zasięg, wyższa jakość kontaktu.
- Portale. Największy zasięg i największy szum — dlatego wchodzą, gdy oferta jest gotowa w stu procentach, nigdy „na próbę”.
Ostatni element jest najbardziej niewdzięczny: selekcja oglądających. Przed każdą prezentacją pytam o formę finansowania, o promesę lub decyzję kredytową, o termin i o to, czy ktoś musi coś sprzedać, żeby kupić. Nie po to, żeby kogokolwiek odsiewać z zasady — po to, żeby wiedzieć, z kim rozmawiam, gdy padnie oferta. Mieszkanie, które obejrzało dwadzieścia osób bez zdolności kredytowej, nie jest bliżej sprzedaży niż na starcie, a właściciel ma za sobą dwadzieścia sprzątań.
Podsumowanie
Czterdzieści dni różnicy nie bierze się z chwytu, tylko z pięciu decyzji podjętych w dobrej kolejności: cena z transakcji zamiast z życzeń, wnętrze przygotowane przed sesją, zdjęcia, które sprzedają wejście, opis z liczbami zamiast przymiotników i kanał dobrany do nieruchomości. Każdy element osobno daje kilka dni. Razem dają miesiąc z okładem — i, co ważniejsze, cenę bliższą ofertowej, bo dobrze przygotowana oferta nie musi przepraszać za siebie obniżką.
Jeśli planujesz sprzedaż i chcesz wiedzieć, gdzie w tej układance stoi twoje mieszkanie, umów bezpłatną konsultację — przejdziemy przez cenę, zakres przygotowania i kanał. Warto też zobaczyć, jak wyglądają gotowe aktualne oferty: każda z nich przeszła dokładnie tę drogę.